O autorze
Zawodowo zadaję pytania, prywatnie próbuję udzielać odpowiedzi. Trochę copywriter, trochę ankieter. Najczęściej blogerka. Odkąd dałam życie, uczę się żyć dobrze. Z małej wioski przyglądam się wielkiemu światu i nie znajduję różnić. Miłość jest wszędzie taka sama.

Matka małolatka. Rzecz o odczarowaniu myślenia

W kwietniu tego roku skończyłam dwudziesty szósty rok życia. Niespełna miesiąc wcześniej moja córka z radosnym uśmiechem zdmuchnęła siedem świeczek na krzywym urodzinowym torcie naszej wspólnej produkcji. Rachunek jest prosty. O wiele prostszy niż zdawanie maturalnych egzaminów z miesięcznym dzieckiem na ręku.

W momencie, w którym większość moich rówieśnic wciąż uważa, że za wcześnie spacerują z gondolowym wózkiem, ja biegam. Na wywiadówki.
Jestem w momencie życia, w którym powinnam być za lat kilka. Uważam, że to najlepsze, co mogło mnie spotkać.

O wczesnym macierzyństwie wciąż myśli się stereotypowo, uznając je za coś, co mieści się w kategorii błędu, którego lepiej nie popełniać. Każdym dniem, każdym uśmiechem dziecka, każdą łzą dumnej z osiągnięć latorośli matki, walczę z tym, bo to krzywdzi. Zupełnie niepotrzebnie.

Umówmy się. Nie jest moim celem zachęcanie do lekkomyślnego dawania życia. Tym bardziej, że to początek o wiele trudniejszego dawania dobrego kapitału na życie. Chcę tylko powiedzieć, że to, co może być postrzegane jako wada bardzo często jest zaletą.

Jestem w komfortowej sytuacji. Moje dziecko wychowuje się w pełnej rodzinie, mam swój dom, pracujemy. To sprawia, że mogę dać mu to samo, co matka o te kilka lat starsza. Co jednak nie oznacza, że nie spotykam się na każdym kroku z lekceważącym podejściem z jednej strony, a z drugiej z pochwałami - chociaż to, co robię jest całkowicie normalne dla każdej mamy.


Tak samo jak każda popełniam błędy. Mam wątpliwości. Ciągle się uczę. Bywam bezradna, ale też i pewna, że robię wszystko co najlepsze. Najlepiej jak potrafię.
Jesteśmy takie same. Warto o tym pamiętać. Warto dawać młodym, zagubionym dziewczynom szansę na to, by pokazały, że potrafią. Bo potrafią.

Młode macierzyństwo mimo tego, że często wprowadza chaos w poukładany wcześniej plan, ma sporo zalet, które sprawiają, że z każdym dniem doceniam je coraz bardziej.
Jedną z nich jest właśnie mała różnica wieku między mamą, a pociechą. To pomoże w przyszłości. W moim przypadku już pomaga. I nie chodzi wcale o to, że jak to często słyszę "możecie być przyjaciółkami".
Nie możemy. Przyjaźń to relacja, która wymaga zaangażowania z obu stron. Dziecko nie musi, nie powinno być angażowane w problemy rodzica. Więc nie o przyjaźń tu chodzi, a o wspólną optykę. Będąc młodą mamą wciąż noszę w sobie jeszcze fascynację światem, która sprawia, że rozumiem to, czego doświadcza kilkulatek. To wciąż niewyczerpane pokłady energii, sprawne ciało, chłonny umysł. To wszystko pomaga.

A dojrzałość? Ona przychodzi. Dziecko zmienia priorytety. Jego wychowanie siłą rzeczy sprawia, że dostrzegasz, że życie nie jest tylko zabawą, jednocześnie wciąż nie tracąc na nią apetytu.

Po co to piszę? Jaki jest cel mojego postu?

Przede wszystkim chciałabym dać się poznać zanim rozpoczniemy wspólną przygodę. Chcę również dodać otuchy wszystkim młodym, zdezorientowanym dziewczynom, które boją się, że to się nie uda, bo według tego co słyszą udać się nie może, bo nie powinno mieć miejsca.

Będzie dobrze. To droga pod wiatr. Ale to wiatr, który jest orzeźwiający. Daje Ci siłę i energię. A idąc pod wiatr nie zgubisz kierunku.

Chciałabym również poprosić o więcej zrozumienia i wsparcia. Nie konkretnych rad, nie jedynej słusznej prawdy. Na nią większość matek, bez względu na metrykę reaguje przecież podobnie. Chcę poprosić o akceptację.

W ciągu tych siedmiu lat bardzo wiele osób mówiło: sprawdzam! To nie jest konieczne. Jak każda mama również i ta młodsza od pozostałych, ma w sobie sporą dozę niepewności. Nie można, nie należy jej pogłębiać własną stereotypową wątpliwością. To sprawia, że wiele z nas wstydzi się swojego wieku. A przecież żyć dobrze można w wieku każdym, prawda?

Aktywnie żyjąc w społeczności blogerek parentingowych, zdziwiona zauważyłam, że takich jak ja jest całe mnóstwo. Jednak na co dzień nas nie widać. Co wynika właśnie dlatego, że nie chcemy być oceniane przez pryzmat tego, co na ocenę wpływać nie powinno.

Porzućmy stereotypy. Każda z nas jest inna i ma swoją historię. Wspólnym mianownikiem jest dobro naszych dzieci. To, że ktoś o to dobro zaczął się troszczyć zanim skończył dbać o własne, nie skazuje go na porażkę. A jedynie na podwójne starania. Które mogą skończyć się (i często tak bywa) sukcesem.
Trwa ładowanie komentarzy...